Nie jest mi łatwo pisać o książce Krzysztofa Pietrzaka „Niepokonany”. Nie tylko dlatego, że wiele wydarzeń przez niego opisywanych widziałem na własne oczy, byłem mniej czy bardziej zaangażowany. Mam problem z klasyfikacją tej książki. Ani to autobiografia, ani dokument. Najbliżej do prawie zapomnianego dzisiaj gatunku reportażu uczestniczącego. Tyle że Krzysztof nie ma za grosz autorskiego dystansu, bo jak mógłby mieć, skoro na szali była jego rodzina? Jedno jest pewne, to nie jest książka z gatunku lokalnej ciekawostki. Krzysztof odsłania kulisy funkcjonowania polskiego państwa – bo jego tartak mógłby stać wszędzie, w każdym polskim mieście i byłoby tak samo. O ile właścicielem byłby taki kozak jak Pietrzak. Zacznę od przykrych informacji. To nie jest książka dla purystów językowych i czytelników szukających wrażeń literackich. Ewidentnie autor się spieszył, zabrakło nie tylko redakcji, ale i zwykłej korekty. Literówki, poucinane zdania – to niestety haczy przy czytaniu. Tylko że Krzysztof nie chciał się mierzyć z Kapuścińskim, tylko wsadzić kij w mrowisko, wykrzyczeć całemu światu prosto w twarz, że król jest nagi. I zrobił to pierwszorzędnie. Bydgoszczanie historię tartaku znają doskonale, ale w Polsce jest to wciąż jeszcze temat nieznany. W największym skrócie: tartak stał na terenie, który był przeznaczony pod drogę. Wiceprezydent Bydgoszczy, jak…
Uwielbiam teorie spiskowe na styku religii i państwa. Większość z nich okazuje się prędzej czy później faktami, nie teoriami. Teraz mnie rozkołysał intelektualnie batiuszka, który mi podarował „Misję metodiańską na ziemiach polskich do końca XI wieku” Antoniego Mironowicza. Wiadomo, że Polacy byli poganami, aż Mieszko wziął chrzest w obrządku łacińskim. Wiadomo też, że gdyby nie Cyryl i Metody, to byśmy nie mieli Bogurodzicy. Tyle, że Apostołowie Słowian nawracali pogan na wiarę chrześcijańską w obrządku prawosławnym. Gdzie więc sięgają korzenie polskiego chrześcijaństwa? Do Rzymu, czy do Bizancjum? IX wiek to były czasy formowania się nie tylko państwowości, ale i sumień na ziemiach polskich, choć samo określenie „ziemie polskie” może się wydawać dość zagadkowe w kontekście tamtego czasu. W rzeczywistości mieliśmy wiele ośrodków, z których dwa były zdecydowanie najpotężniejsze: Wielkopolska i Małopolska. Gniezno i Kraków. Oba pod presją Czech, jedno Niemiec, drugie Moraw. Książęta próbowali swojej polityki, ale zwykle musieli uginać karki pod naciskiem. A pamiętajmy, że były to czasy skutecznego narzędzia prawnego nazywanego „truncatio membrorum”, którego efektem było obcinanie kończyn, uszu, nosa, wydłubywanie oczu i tym podobne środki perswazji, niestety czasem nie prowadzące do zejścia delikwenta. Wiadomo: rok 966, Mieszko przyjmuje chrzest. Tylko czy na pewno? I jaki to był chrzest?…
Kocham Bydgoszcz, kocham te ulice, gmachy, parki. Często sobie wyobrażam, jak tu było pięknie przed wojną. Każdy kamień, każda ulica to pewna opowieść. Są jednak takie miejsca, których aurę czuć na odległość. Taki jest gmach więzienia na Wałach Jagiellońskich. „Więzienie na Wałach Jagiellońskich. Szkice z lat 1939-1956” Anny Perlińskiej i Krzysztofa Sidorkiewicza to skromna, ale niesamowicie treściwa historia tego miejsca. W niecałe dwadzieścia lat więzienne mury były świadkami ciągłego koszmaru. W męczarniach, torturach i egzekucjach ginęli tam najwartościowsi bydgoszczanie. Zarówno podczas okupacji, jak i po wojnie w bydgoskim więzieniu byli katowani Polacy tylko dlatego, że byli Polakami. Ich oprawcami byli Niemcy i komuniści, ale gdzieś obok do Zła przykładali ręce „zwykli” ludzie, sąsiedzi. Autorzy zdecydowali się nie tylko na obraz statystyczny, techniczny, naukowy, ale pokazali mnóstwo konkretnych historii. Takich jak historia młodziutkiej, 20-letniej Heleny Bembnistówny, która rzekomo 4 września 1939 roku pokazała polskim żołnierzom mieszkanie folksdojcza Wernera Kowalczewskiego. Rzekomo został on przez Polaków zamordowany jako dywersant, choć później – co zeznała przed sądem siostra Heleny – był widziany cały i zdrowy. 18 grudnia 1939 roku sędzia Kurt Henning wydał wyrok: utrata praw i wolności obywatelskich oraz kara śmierci. Helena została w celi brutalnie zgwałcona i pobita. W dniu egzekucji napisała…
Historie jakich były tysiące. Jerzy Mirecki, sam będąc bohaterem własnej książki, zebrał po prostu na prawie 500 stronach, prawie 50 wspomnień osób, które na swoim dzieciństwie mają blizny Powstania Warszawskiego. Od małych, kilkuletnich dzieci, do nastolatków, którzy ryzykując życie, czasem zwyczajnie przekłamując własne metryki, szli pod rozkazy Armii Krajowej. Zawsze lubiłem raczej relacje, niż analizy – tym bardziej, że tych pierwszych było dużo mniej. Ja miałem szczęście, które zmarnowałem. Moi dziadkowie, od strony Mamy, walczyli w Powstaniu. Potem zostali wygnani do Białegostoku, stamtąd wrócili do stolicy, by niedługo później znów udać się w podróż – na jakiś czas – do Bydgoszczy, gdzie ostatecznie znaleźli swoje mogiły. To było i jest dla mnie szczęście i honor, że w moich żyłach płynie jakaś część powstańczej krwi. A równocześnie to moja własna porażka, że byłem zbyt młody, zbyt przekonany o wieczności teraźniejszości, żeby namówić dość niechętnych dziadków do wspomnień. Wszystko co wiem, wiem z przypadkowych zdań, słów, spojrzeń, relacji mamy i wujka, którzy urodzili się tuż po wojnie. Dobra, zapędziłem się w zwierzenia, ale „Dzieci 44” są dla mnie bardzo osobistą rozmową z tymi, którzy cudem przeżyli Powstanie, jak moi dziadkowie. Cudem, bo każdy – niezależnie od tego, czy miał opaskę i był…
O takich książkach jak „Organizacja Lebensborn” Volkera Koopa nie potrafię mówić bez emocji. Od kiedy przed laty dowiedziałem się, czym był Lebensborn, że jeden z jej oddziałów w okupowanej Polsce był – co prawda dość krótko – w Bydgoszczy, zacząłem szukać źródeł. Do dzisiaj nie wiadomo, ile polskich dzieci Niemcy porwali i wywieźli do rodzin zastępczych na terenach Rzeszy. Powojenny „polski” rząd upomniał się o 10 lub 15 tysięcy dzieci (obie liczby pojawiają się w materiałach źródłowych). Jednak do kraju wróciło – według różnych źródeł – około 20-30 tysięcy. Publikacja „The Lebensborn Organisation” wydana przez Southern Illinois University mówi za to, że wróciło do Polski mniej niż 1500 dzieci, ale… w internecie zostały po niej puste linki. W Norymberdze padło stwierdzenie, że Lebensborn był odpowiedzialny za porwanie ok. 250 tysięcy ze wschodu Europy, w tym 200 tysięcy z Polski. Nikt tego nie kwestionował, ale Koop nie wierzy w takie szacunki i – z ogromną szkodą dla wartości książki – jest przekonany, że było to zdecydowanie mniej. „Faktycznie, było wiele takich przypadków – nie tylko w Polsce – jednak ich rozmiary, podane przez Clay (dziennikarkę BBC, która twierdzi, że 200 tysięcy – przyp. PS) dalekie są od rzeczywistości” – pisze Kloop….
Niektóre wydarzenia i postaci są niestety fikcyjne, zaś niektóre osoby oczywiście zachowały się zgoła inaczej niż w poniższej opowieści. Generał Radosław Radecki w cywilnym ubraniu siedział na obskurnej ławce zdobionej w logo gdańskiego klubu piłkarskiego i patrzył, jak Wisła roztapia się w Bałtyku. Gdyby mógł zobaczyć Rzeczpospolitą za parę miesięcy, umierałby szczęśliwy. Teraz jednak, wiosną 2014 roku umierał po prostu syty. Spełnił swoje marzenie i jednocześnie życiową misję. Najtrudniejszą ze wszystkich, w jakich brał udział i jakie reżyserował. Nie bał się tego co nastąpi w ciągu najbliższego kwadransa. Widział to wielokrotnie. Był zresztą przekonany, że jeśli uda mu się oszukać Putina i znów ustanowić polskie granice nad Dnieprem, będzie musiał ponieść najwyższą cenę. Choć do zrealizowania planu zostało jeszcze parę kroków, Radecki wiedział, że już nic nie może pokrzyżować misternej układanki, której wprowadzenie w życie zajęło mu 10 lat.
Zbigniew Rećko, pseudonim „Trzynastka”, do dzisiaj jeszcze budzi kontrowersje. Niektórzy uważają go za zdrajcę, inni widzą w nim bohatera. Niewielu widzi w nim zwykłego chłopaka, który miał nieludzką odwagę i psychikę, jakiej zazdrościli mu najwięksi twardziele polskiego podziemia. Nie ufali mu ani koledzy z AK, ani – co oczywiste – Niemcy i sowieci. Ufała mu tylko jego największa miłość: Anna. Życie nie rozpieszczało Zbyszka już od dzieciństwa. Bardzo szybko musiał się nauczyć prostej wojennej zasady: albo jesteś twardy, albo martwy. Urodził się w Białymstoku w 1923 roku. Kiedy miał zaledwie siedem lat, jego matka zwyczajnie wyszła z domu i już nie wróciła. Jego ojciec, policjant, załamał się. Później wspominał, że podszedł do niego Zbyszek i powiedział: „Nie płacz, tato, jakoś będziemy obaj żyć!”. Tuż przed wybuchem wojny Zbyszek został sam – jego ojciec został zmobilizowany, a we wrześniu internowany przez sowietów. Wróci do kraju dopiero po wojnie, ale już nigdy nie zobaczy syna. W kwietniu 1940 roku Zbyszek ucieka z okupowanego przez Rosjan Białegostoku do Warszawy. W ten sposób unika wywózki do Kazachstanu. W stolicy spędza jedynie miesiąc. Wpada w łapance i zostaje wywieziony na roboty do Bawarii. Ucieka stamtąd po roku i wraca do okupowanego już przez Niemców Białegostoku….
W dominującej narracji dotyczącej relacji polsko-żydowsko-niemiecko-radziecko-ukraińskich na terenach najpierw należących do Polski, potem od okupacją radziecką, następnie niemiecką, przez lata znów radziecką a dzisiaj pod jurysdykcją ukraińską razi przede wszystkim płytkość i powierzchowność. Jedni pod wrażeniem Grassa i jemu podobnych widzą w Polakach samo zło, inni zło upatrują wyłącznie w Niemcach, Ukraińcach, NKWD albo… Żydach. Prawda była tak bardzo skomplikowana, że wymykająca się prostym osądom. Autobiografia, choć spisana w tej formie dużo po wojnie, to oparta na pisanym ówcześnie pamiętniku, Klary Kramer jest w anglojęzycznym świecie bardzo znana. W Polsce – wcale, choć istnieje niedawno wydany przekład „Clara’s war” na język polski. Zastanawiałem się, dlaczego? Jedyna odpowiedź, która przyszła mi do głowy to strach. Strach polskich historyków i mediów przed niewiarą gawiedzi, że świat jest po prostu bardziej skomplikowany niż tego wymagają dzisiejsza zero-jedynkowa percepcja odbiorców. Proszę spróbować sobie wyobrazić scenariusz filmu. We wrześniu 1939 roku do małego miasteczka na polskich kresach wschodnich, gdzie żyje pięć tysięcy średnio ortodoksyjnych Żydów wjeżdżają uśmiechnięci Niemcy. Robią sobie pamiątkowe zdjęcia, oglądają zabytki i wyjeżdżają. Żydzi wiedzą oczywiście, czym jest faszyzm – mieszka tutaj przecież grupa uchodźców z Rzeszy, która nie pozostawia złudzeń co do intencji Hitlera. Ale po dwóch tygodniach do miasteczka…
Stanisław urodził się w 1905 roku. Tuż po wojnie jego dorobek składał się zawodu leśniczego, średniego wykształcenia, żony i dwójki dzieci. No i wyroku śmierci. W wieku 15 lat zaczął pracę w polskim konsulacie w Kwidzynie. Był wówczas prezesem Związku Polaków i… polskim szpiegiem opłacanym przez II Oddział Ekspozytury Okręgowej Referatu Informacyjnego w Bydgoszczy. W 1923 roku otrzymał polskie obywatelstwo i zajął się wywiadem. Szpiegował na rzecz kraju w Kwidzynie, Elblągu i Gdańsku. Przełożeni wysłali go na kurs wywiadowczy do Warszawy, a następnie szpiegował w Niemczech. Pod koniec lat 30. rozpracowywał niemiecką siatkę szpiegowską w Toruniu i Grudziądzu. Zwerbował wówczas pięciu konfidentów. Po wojnie podniesiono zarzut, że inwigilował ówczesny ruch lewicowy. Po wybuchu wojny, już w 1940 roku wyjechał do Niemiec na roboty. Tam został zwerbowany przez wywiad francuski. Dwa lata później wstąpił do SS. Na rzecz Francuzów szpiegował w Królewcu. Pod koniec wojny wrócił do Rzeszy i po wejściu wojsk radzieckich oddał się do dyspozycji NKWD, która chętnie skorzystała z doświadczonego szpiega. Po powrocie do Polski został jednak aresztowany przez UB pod zarzutem „znęcania się nad ludnością polską w czasie wojny”. We wrześniu 1946 roku podpisał w Grudziądzu zobowiązanie o współpracy z UBP. Kolejnych pięć lat mieszkając w Bydgoszczy…
Na przełomie września i października 1939 roku w podbydgoskim Tryszczynie Niemcy ulokowali miejsce straceń. Wiadomo na pewno, że w rowach strzeleckich zostało zamordowanych i zakopanych ponad tysiąc osób. Do dzisiaj trwa spór, czy wśród zamordowanych były harcerki. Niektórzy zarzucają mistyfikację dokumentacji, celowe ukrywanie tej akurat grupy ofiar. Inni mówią, że to mit. Jak było naprawdę? Od razu po wojnie, już 27 kwietnia 1945 roku do Tryszczyna przywieziono grupę trzydziestu ss-manów z koronowskiego więzienia, którzy odkopali 89 ciał. Nie było przy tej ekshumacji władz sądowych ani lekarza. Nie sporządzono również żadnego protokołu oględzin. 4 maja 1945 roku do Tryszczyna pojechała komisja do zbadania grobów pomordowanych. Świadków zbrodni przesłuchiwali i dokonywali oględzin miejsca przewodniczący Pomorskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej Wojciech Wiechno, członek prezydiów PWRN Klepczarek (brak imienia), członek PWRN Roman Tadeusz, ksiądz dziekan Konopczyński, starosta powiatowy Michalski oraz lekarz powiatowy dr Wnuk. Jak czytamy w protokole, komisja odkryła ?zwłoki w stanie rozkładu daleko posuniętego, o zachowanych gdzie niegdzie częściach ubrania i obuwia, leżą twarzą w dół, jedne za drugimi, w linii krętej, bądź też jedne na drugich, a gdzieniegdzie w pozycji kolanowo-łokciowej. Na tyłogłowin widnieją pojedyncze lub wielokrotne otwory wielkości pocisku pistoletowego z brzeżnymi pęknięciami. Zwłoki leżą w trzech grupach. Pierwsza naprzeciwko leśniczówki,…