Pamiętam, że pierwszy raz czytałem Ericha Fromma jeszcze w podstawówce, czyli dawno, dawno temu. Później mi przeszło, zafascynowała mnie raczej analityczna, jak mi się wydawało – sucha epistemologia, ale ostatnio znów doceniam myśl tego specyficznego filozofa uprawiającego psychologię, czy może psychologa parającego się filozofią? „O miłości do życia” to zbiór kilku audycji radiowych, w których autor „Ucieczki od wolności” opowiada kolejny raz swoją wersję świata. Tym ciekawiej, że jest to jego język mówiony (z pewnością poddany gruntownej redakcji, ale jednak). Tytuł jest bardzo pozytywny, ale przecież ta książka jest także o ciemnej stronie człowieczeństwa, o bierności, która jest zaprzeczeniem wszystkiego, co w nas jasne. Sporo miejsca Fromm poświęcił Hitlerowi. Uniknął jednak tandety rekonstruowania psychiki i paranoi wodza III Rzeszy, a skupił się na próbie zrozumienia jego sposobu widzenia świata. Pojawiają się dowody na to, że Hitler był narcyzem, co jest dla nas raczej banalną obserwacją, ale także opinia mówiąca o jego nekrofilii. Tyle tylko, że Fromm rozumie nekrofilię nie w sposób wąski, jako seksualną dewiację na modłę freudowską, ale jako pociąg do śmierci, rozpadu, nicości w ogóle. I spojrzenie na działalność, biografię i jej koszmarne efekty pod tym kątem daje niesamowite wrażenie ocierania się o prawdę. Fromm miał ogromną łatwość…
Są niemieckie obozy, o których wiemy bardzo dużo. Cały świat zna takie nazwy jak Auschwitz czy Stutthof. Wiedzę o ich funkcjonowaniu, więźniach, oprawcach, regulaminach itp czerpiemy z dwóch głównych źródeł: z zachowanych niemieckich dokumentów i z relacji świadków. Jeśli chodzi o obozy koncentracyjne, to powojenni śledczy mieli do dyspozycji setki lub nawet tysiące świadków. W przypadku obozów zagłady, świadków praktycznie nie było. Bełżec przeżyło dwóch mężczyzn. Ich relacje i relacje świadków, którzy widzieli obóz z oddali składają się na wyjątkową książkę, której drugie wydanie właśnie trafiło do księgarń. „Obóz zagłady w Bełżcu w relacjach ocalonych i zeznaniach świadków” to książka koszmarnie brutalna w swojej beznamiętności. Najwięcej o piekle niemieckiego obozu, w którym zamordowano ogromną liczbę żydów (od pół miliona do dwóch milionów, choć historycy bliżsi są tej pierwszej wartości) mówił i pisał lwowski przedsiębiorca, jeden z największych przed wojną producentów mydła Rudolf Reder. Spędził on w obozie kilka miesięcy pracując jako mechanik, zdun, grabarz. Udało mu się uciec w listopadzie 1942 roku. Do końca wojny ukrywał się u swojej polskiej gosposi, później wyjechał z kraju. Jego opowieść jest przerażającym świadectwem koszmaru. Reder z precyzją opowiadał o tym, jak na rampę obozu wjeżdżały pociągi pełne nagich żydów obojga płci, jak więźniowie…
Zmarły w 2017 roku Krzysztof Derdowski był twórcą wszechstronnym: prozaikiem, poetą, dziennikarzem, ale i dramaturgiem. Niestety, niewiele jego utworów dramatycznych ukazało się drukiem. Praktycznie jedyną zwartą pozycją jest wydany w 2004 roku zbiór jednoaktówek zatytułowany ?Zawsze?. We wstępie do zbioru profesor Przemysław Czapliński zwraca uwagę na wyrazistość bohaterów, którym Derdowski każe miotać się w ciasnym świecie. I słusznie, bo obojętnie czy w prozie, czy w dramatach postaci kreowane przez Krzysztofa były zawsze pełnokrwiste, choć także nieco przerysowane. Stereotypizowanie bohaterów to nie jest grzech, jeśli czemuś służy. A w tej literaturze ewidentnie tak właśnie jest. Bohaterowie jednoaktówek są źli i bardzo źli, ale nie w jakiś filmowy, widowiskowy sposób. Są to postaci zwyczajnie podłe, napędzane niskimi pobudkami, niezdolne do poważniejszej refleksji, nawet jeśli próbują za elokwencją chować swoją pustkę. ?Ludzi częściej łączą wspólne świństwa niż inne rzeczy? mówi Profesor w tytułowej jednoaktówce. I o tych świństwach, o ludziach wplecionych, wmontowanych w różne większe i mniejsze świństewka opowiadają sztuki Derdowskiego. Czyta się ten zbiorek doskonale, zdecydowanie przetrwał próbę czasu, w odróżnieniu niestety od fizycznego nośnika. ?Zawsze? jest książką wydaną przez naprawdę zasłużone bydgoskiego wydawnictwo Margrafsen, które słynie z bardzo wysokiego poziomu edytorskiego. Tym razem jednak wyszło inaczej: książka sprawia wrażenie wydawnictwa przygotowanego…
Współczesna poezja zwykle jest dla mnie mało strawna. Zbyt często autorzy pustkę duchową i intelektualną chowają za czasem bardzo widowiskową kaskadą formy. Popisują się językową ekwilibrystyką, ale ich pląsy nie przynoszą nic poza chwilowym uniesieniem brwi. Do rzadkości należą poeci, którzy potrafią wyrzucić na stół całą prawdę, tak bardzo umazaną śluzem języka, jak potrafią. Bo niby skąd mają się uczyć, jeśli dzisiaj – jak sądzę intuicja mnie nie myli – kilkukrotnie więcej osób poezję pisze, niż ją czyta. W zalewie tomów niskiej lub żadnej wartości artystycznej czasem zdarzy się książka, która przykuje i zaskoczy nie formą, a treścią. Dzięki temu na długo zostanie ze mną zarówno ta konkretna poezja, jak i nazwisko autora. Tak właśnie się stanie i do wąskiego grona poetów, których obserwuję z nieustannym zainteresowaniem dołączył właśnie kolejny bydgoszczanin – Michał Jankowski. „Melancholia chroniczna” to wydany w 2024 roku niewielkiej objętości zbór poezji. Niech jednak nikogo nie zwiedzie szczupłość grzbietu. Ta książka ma potężną siłę. Trzydzieści wierszy i kilkadziesiąt monochromatycznych fotografii autora uderza z nieprawdopodobnym wdziękiem i mocą. Wydawałoby się, że od kilkuset lat nikt tak już nie pisze, że barokowe misteria mroku, melancholii i nadziei cieszą już tylko przygarbionych badaczy w okularach z grubymi szkłami, a tu…
„Wśród łódzkich Żydów. Wspomnienia o mieście młodości” (2023) to kolejna pozycja w serii ?Kultura Literacka Łodzi? firmowanej przez Uniwersytet Łódzki. Na kilka godzin możemy dać się porwać w fascynującą wyprawę po międzywojennej Łodzi, gdzie kwitło żydowskie życie kulturalne. Oprowadzają nas postaci, które w istotny sposób współtworzyły łódzką bohemę. Wojenna zawierucha nie oszczędzała artystów. Oczywiście ci, którzy w tej książce opowiadają swoje historie wojnę przeżyli. I dzięki temu my również możemy poczuć klimat miasta, które było tak wyjątkowe. Znaczna część tekstów, które opublikowano w tym tomie to tłumaczenia z jidysz. Autorzy, znani i popularni pisarze, aktorzy i ludzie sztuki po wojnie rozjechali się po całym świecie. Łączyła ich historia, łączyło ich miasto młodości i właśnie język. Każdy z autorów inaczej zapamiętał Łódź, choć oczywiście każdy z estymą opowiada o kultowej kawiarni Astoria, wielu wspomina z rozrzewnieniem te same postaci i wydarzenia. W gronie autorów znajdziemy m.in. Josefa Okrutnego, Pinkusa MInca, znanych aktorów Szymona Dżigana i Mojżesza Puławera, Icchaka Goldkorna, Icchaka Janasowicza, Chaima Fuksa. Całość zamyka bardzo mocny, choć najkrótszy fragment wspomnień Izraela Rabona, który opowiada o przełomie sierpnia i września 1939 roku, kiedy świat żydowskiej Łodzi zaczął swój koniec. My oczywiście wiemy co było dalej, ale zamknięcie opowieści na tym właśnie…
Max Czornyj jest na polskim rynku pisarskim wyjątkowym autorem. Niekoniecznie dlatego, że jego talent przyćmiewa konkurencję, choć często tak jest. Czornyj wypracował sobie własny styl pierwszoosobowej narracji. Oczywiście w historii literatury nie on pierwszy tak pisze, ale właśnie on konsekwentnie opowiada historie złych i bardzo złych ludzi ich własnym językiem. Tym razem oddał scenę pani Koch, demonicznej komendantowej obozu, o który chyba nawet bardziej niż Auschwitz stał się synonimem bezlitosnego i bezsensownego okrucieństwa nazistów. Nie ma chyba sensu w tym miejscu mówić o Ilse Koch, bo historie o odnalezionych w Buchenwaldzie abażurach z ludzkiej skóry, o wypreparowanych głowach więźniów, o rozjeżdżaniu koniem bezbronnych grup szkieletów w pasiakach wszyscy już słyszeli, albo przeczytają biorąc do ręki ?Bestię z Buchenwaldu? Maksa Czornyja. Zresztą autor dość oszczędnie stara się epatować okrucieństwem. Książka Czornyja obiecywała coś więcej niż tylko widowiskowe okrucieństwo. Przynajmniej mnie do lektury skusiło jedno zdanie z okładki. Chciałem się dowiedzieć ?co sprawiło, że wrażliwa dziewczyna, urocza córka przeciętnego robotnika, stała się wyrafinowaną sadystką?? Niestety, próba odpowiedzi na to pytanie okazała się nieskuteczna. Trzeba jednak przyznać, że autor potraktował to zagadnienie bardzo pobieżnie, by nie powiedzieć: powierzchownie. Ilsę Koch poznajemy bliżej, kiedy jest młodą dziewczyną w ogarniętych przygnębieniem po pierwszowojennej klęsce Niemczech….
Historia Łodzi bez Żydów byłaby niemożliwa. Choć od likwidacji, fizycznej eksterminacji tamtejszej społeczności żydowskiej minęło już osiemdziesiąt lat, wciąż trudno jest nam zrozumieć ten fenomen. Wydana dawno temu, bo 1991 roku, książka „Dzieje Żydów w Łodzi 1820-1944. Wybrane problemy” stanowi wciąż fascynujący zestaw artykułów pokazujących bogaty, nie tylko finansowo, świat. Książka jest podzielona na cztery części. Pierwsza z nich dotyczy wpływu łódzkich Żydów na gospodarkę miasta, druga mówi o ich wkładzie w tamtejszy świat kultury, kolejna zawiera artykuły traktujące o życiu społeczno-politycznym Łodzi. Ostatnia część książki to kilka głosów dotyczących zagłady ludności żydowskiej: zarówno w kontekście getta, jak i obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, gdzie większość łódzkich Żydów została zagazowana i pogrzebana w zbiorowych mogiłach. Wśród kilkudziesięciu artykułów trudno wyróżnić którykolwiek: wszystkie są przygotowane i napisane z ogromnym zaangażowaniem naukowym, ale również doskonale zredagowane, by mogły cieszyć zarówno naukowca, jak i czytelnika po prostu zainteresowanego tematem. Dla przykładu artykuł Kazimierza Badziaka „Wielkość i upadek fortuny Poznańskich” to opowieść, która wręcz wprasza się na ekrany kin. Rodzina Poznańskich dorobiła się nieprawdopodobnie wielkiego majątku na produkcji i handlu tekstyliami najniższej jakości. Poznańscy potrafili widzieć szansę w tym, w czym inni widzieli zagrożenie: jako jedni z pierwszych w Europie postanowili inwestować w…
Było oczywiste, że rozbudzone nadzieje Żydów na własne państwo mające powstać kosztem Palestyny, trafią na podatny grunt w całej Europie. Także w międzywojennej Polsce działały organizacje syjonistyczne chcące podeprzeć swoje marzenia o Izraelu konkretnym działaniem. Dotychczas tematyka ta była praktycznie nieopisana. Świetną robotę w tym zakresie wykonał Jacek Walicki z Uniwersytetu Łódzkiego w opracowaniu „Ruch syjonistyczny w Polsce w latach 1926-1930”. Wydana w 2005 roku książka stanowi solidne kompendium organizacji, osób, mediów działających na rzecz Erec Israel na terenie ówczesnej Rzeczpospolitej. Ruch syjonistyczny był ogromnie zróżnicowany. Oczywiście finalnym celem działalności wszystkich ugrupowań i polityków był zmartwychwstały Izrael, ale przecież Żydzi, podobnie jak każdy inny naród, byli bardzo podzieleni jeśli chodzi o wizję przyszłości. Syjoniści prawicowi traktowali syjonistów lewicowych z ogromną nieufnością. Różnie podchodzono także do współtworzenia razem z Polakami odrodzonej po I wojnie światowej niepodległej Rzeczpospolitej. Książka Jacka Walickiego jest opracowaniem naukowym, ale autorowi udało się uniknąć pułapki hermetyzmu. „Ruch syjonistyczny w Polsce w latach 1926-1930” czyta się momentami niczym dobrą powieść.
Przedwojenna Łódź była miastem, w którym Żydzi żyli według swoich reguł. Społeczność starozakonna była tak liczna, że w oczywisty sposób tworzyła ją rzesza niezamożnych robotników i drobnych kupców, ale także elita niewyobrażalnie bogatych przedsiębiorców i finansistów, którzy robili wiele, by pomóc w życiu tym, którzy sami nie dawali sobie rady. Dobroczynność nie jest tylko kwestią sumienia, ale wynika wprost z nakazów wielu religii. Judaizm jest pod tym względem w awangardzie. Bogobojny Żyd był wręcz zmuszony regulacjami swojej religii do pomagania słabszym, biedniejszym, mniej zaradnym. Stąd w przedwojennej Łodzi aż roiło się od organizacji dobroczynnych (jakbyśmy je dzisiaj nazwali: pozarządowych), które zajmowały się wieloma aspektami życia. Autorzy wydanej w 2002 roku książki „Żydowskie organizacje społeczne w Łodzi (do 1939 r.), Kazimierz Badziak i Jacek Walicki nie zbudowali encyklopedycznego wykazu wszystkich organizacji tego typu działających w tym mieście. Nie to było celem. Autorzy pokazali natomiast na przykładzie głównych, najbardziej licznych i zamożnych organizacji możliwie szerokie spektrum działalności osadzonej w opisanej przez nich rzeczywistości prawnej. I tak łódzcy Żydzi działali w ramach Żydowskiej Szkoły Rzemiosł „Talmud Tora”, Łódzkiego Żydowskiego Towarzystwa Dobroczynności czy Fundacji Dobroczynnej imienia Hermana i Miny Małżonków Konstadt. Jak można się domyślać, największy rozmach miały organizacje i instytucje zajmujące się zdrowiem…
Podczas tegorocznych Targów Książki Historycznej w Warszawie Kalina Błażejowska za książkę ?Bezduszni? zdobyła w kategorii autorskiej drugą nagrodę KLIO. To duże wyróżnienie i bardzo skuteczne. Trzeciego dnia targów na stoisku wydawnictwa Czarne, które opublikowało ten reportaż, został już tylko jeden egzemplarz. Niestety, ktoś mi go zabrał, kiedy już stałem przy ladzie. Czyż to nie jest wymarzony komplement dla autora? Uwielbiam reportaże, a koroną tego gatunku są dla mnie reportaże historyczne. Nie każdy oczywiście może być Ryszardem Kapuścińskim, ale przynajmniej jest jasno określony ideał, wzorzec gatunkowy. Jest do czego porównywać każdy kolejny tytuł ukazujący się na rynku. Kalina Błażejowska nie jest amatorką, to nagradzana i doceniana dziennikarka, której warsztat reporterski szlifował się m.in. w ?Tygodniku Powszechnym?. Doświadczenie prasowe ma zarówno dobre, jak i gorsze konsekwencje dla autorki, ale o tym za chwilę. ?Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych? to doskonały przykład reportażu, który koniecznie powinien powstać dawno temu. Sednem opowieści jest historia zbrodni popełnianych przez Niemców w zakładach psychiatrycznych, zwłaszcza na dzieciach. Oczywiście wszyscy wiedzą o programie eutanazji ?życia niewartego życia?, o akcjach ?T4? itp, ale w literaturze mówi się o tych wydarzeniach głównie w kontekście dorosłych. O dzieciach w kontekście ofiar wojny słyszymy rzadziej i ta opowieść zwykle ma mniejszą moc. Bo…