Obóz w Gusen – filia, która przerosła obóz-matkę w Mauthausen – był naprawdę piekłem. Nie był tak wielki i tak znany jak Auschwitz czy Majdanek, ale trafić tam, to był wyrok śmierci. Obóz przyklejony do kamieniołomów stał się grobem dla większości więźniów. Zbigniew Wlazłowski przeżył.
„Przez kamieniołomy i kolczasty drut” to opowieść młodzika, studenta medycyny, który został aresztowany, osadzony w ciężkim więzieniu na Montelupich w Krakowie, a stamtąd trafił do Gusen. Tam miał zdechnąć z głodu i pracy ponad siły. Udało mu się przeżyć. Nakłamał, że jest artystą-rzeźbiarzem i trafił do komanda tworzącego kamienne i drewniane cudeńka dla obozowych znawców sztuki z trupimi czaszkami na mundurach. Potem znów zaryzykował: przyznał się, że studiował medycynę i pracował dorywczo w szpitalu. Trafił do obozowego rewiru. Przeżył. Dzięki niemu mamy doskonale precyzyjny opis organizacji szpitala, nazwiska lekarzy i więźniów pracujących w rewirze.
Mamy też wyjątkowy w literaturze obozowej opis seksualności za drutami. W Gusen – podobnie jak w innych obozach – narastał potężny problem homoseksualizmu wśród więźniów, ale również wśród załogi. Oczywiście chodziło przede wszystkim o więźniów funkcyjnych, a nie o muzułmanów. W Gusen postawiono z dom publiczny – puff, gdzie sprowadzono więźniarki z Ravensbruck jako prostytutki. Miały one obietnicę, że po trzech miesiącach zostaną uwolnione – ale nie ma dowodów na to, że faktycznie tak się stało. Według szefostwa obozów projekt spełnił swoje założenia. Problemy z bójkami o „pipli” zdarzały się rzadziej.
Dobra, osobista, bardzo szczera opowieść o jednym z najgorszych miejsc na świecie w całej historii naszej bytności na tej planecie.
No Comments
Comments are closed.