Można go kochać, albo nie, ale facet otworzył powieści kryminalnej tylne drzwi. Pokazał brud, dekadencję i rozpacz otulone szalem cynizmu, humoru i mistrzowskich dialogów. Do „Żegnaj, laleczko” Raymonda Chandlera wracam regularnie i nic nie zapowiada, żeby ta fascynacja miała się kiedyś skończyć.
Jest jeszcze ktoś, to nie zna Chandlera? Nie jest to pupilek dzisiejszych wydawnictw, to prawda, ale mimo wszystko nie tylko dla wielbicieli kryminałów to postać absolutnie kultowa. Tak, wiem co to słowo znaczy. Chandler jest kimś, kto nie oglądając się na konwenanse, konwencje i standardy stworzył coś, co fascynuje, a niewielu potrafi i chce penetrować. Mówię o pisarzach, bo czytelnicy to chłoną niczym Marlow whisky. Takt, językowa wirtuozeria, warsztatowa doskonałość, finezja i zbyt dosadne, choć dzięki temu prawdziwe rozczarowanie światem sprawiają, że stawiam Chandlera na półce z arcydziełami XX-wiecznej literatury. Nie żartuję, to jest proza, która więcej opowiada o pierwszej połowie ubiegłego wieku niż może się wydawać. Znam tylko dwóch pisarzy z tej ligi, których mogę otworzyć gdziekolwiek i znajdę „cytat masakrę”. Zakład? Otwieram!
Próbowałem krzyczeć, zupełnie bez celu. Oddech tłukł mi się w gardle i nie mógł się wydostać. Indianin rzucił mnie na bok, a kiedy upadłem, wziął mnie w nożyce. Potem w beczkę. Jego ręce przesunęły mi się na kark. Czasami budzę się w nocy. Czuję je tam i czuję jego zapach. Czuję zdławiony oddech i wbijające się oślizłe palce. Wstaję wtedy, wypijam coś mocniejszego i włączam radio.
Kto tak dzisiaj umie pisać? NIKT. Chandler jest jak krzyżówka „Urodzonych morderców” z „Sin City” i „Pulp Fiction”. Tylko ma jeszcze lepszy język, lepsze opisy, lepszy klimat, lepsze dialogi.
Z „Żegnaj, laleczko” zostaje na długo całość. Naprawdę. Bohaterowie, nastrój, dialogi. No i oczywiście zdania, które są filarami internetu. Jak to:
Baby łżą na każdy temat…po prostu, żeby nie wyjść z wprawy.
No Comments
Comments are closed.